1. Napisz krótkie opowiadanie (post) w niniejszym temacie konkursowym, pod tytułem: "Jak PSY odmieniły moje życie" - zdjęcia mile widziane
2. Za tydzień 15.04.2009 temat konkursowy zostanie zamknięty oraz uzupełniony o ankietę do głosowania na przygotowane przez właścicieli psów opowiadania - zamieszczone poniżej (jako posty).
3. Następnieprzez 5 dni wszyscy głosują na wybranych autorów (każde konto otrzyma uprawnienia wielokrotnego wyboru opowiadań, ale będzie mogło zagłosować tylko 1 raz). Czyli będzie można zagłosować na dowolną liczbę opowiadań i wskazanym dać 1 punkt, ale głosować można będzie tylko 1 raz.
Nagrody:
>>> 20 osobom z najwyższą ilością głosów w ankiecie (która za tydzień będzie w tym temacie) wręczymy nagrody książkowe EmilJędrzeja Fijałkowskiego - Wydawnictwa Zysk i S-ka. Oficjalne rozwiązanie konkursu odbędzie się w tym temacie 20.04.2009 na 5 dni przed spotkaniem z autorem w Pubie Lolek ... więcej informacji i zaproszenie tutaj ...
Emil, czyli kiedy szczęśliwe są psy, szczęśliwy jest cały świat to ciepła i sympatyczna opowieść o dogu, który nagle pojawił się w życiu człowieka, stając się tego życia niezbędnym elementem. Opowieść o wzajemnym poznawaniu, rozmowach, o ludzkich i psich obyczajach, słabościach jednych i drugich, o tworzącym się związku psa z człowiekiem, który nigdy nie będąc przesadnym miłośnikiem zwierząt, nagle został postawiony wobec faktu, że ktoś na czterech łapach koniecznie chce zostać jego przyjacielem, nie odstępuje go na krok i wymaga wzajemności. Opowieść o próbach porozumienia dwóch odrębnych światów, które tak naprawdę wcale nie są odrębne.
Książka Jędrzeja Fijałkowskiego bawi, ale również wzrusza, rozczula. Emil to pies ze schroniska, pies „z przeszłością”, boleśnie doświadczony. Wraz z autorem – właścicielem Emila przebijamy się więc przez jego smutek i nieufność. Oswajamy, przekonujemy, uczymy, się zaprzyjaźniamy.
Z tego co zrozumiałam to w tym poście mam napisać?
Pies zaraz się zbliży, strach mnie ogarnia, szybko druga strona ulicy, nieważne czy samochód jedzie...
Tak się panicznie bałam psów, do czerwca...
Mama stwierdziła, ze kupimy psa, bo to się musi skończyć...tylko jakiego?
Długo szukała, wreszcie znalazła-buldoga Francuskiego. Długo czytaliśmy o tych psach, tata się nie chciał zgodzić, chodziło mu o dpowiedzialność. Chcieliśmy z rodowodem, ale niestety problem był z pieniążkami. Po paru dniach mama zadzwoniłą i długo rozmawiała. Oznajmiła, że maluch przyjedzie w niedzielę. Tak długo oczekiwany. Wreście.
Przez pierwszy tydzień tego małego szczeniaka, się strasznie bałam.
Później musiałam się znim oswoić, było dobrze, co sobotę jeździliśmy do lasku, żeby sie wybiegał, teraz to już nasz nawyk...Najbardziej się cieszy, gdy może spędzić czas z cała rodziną , gdy są wszyscy.
Na arenę na początku chodził mój brat, na "Polanę psów" w Poznaniu.
Po paru dniach tez zaczęłam chodzić, ale miałam takiego stracha, zaczęłam bardzo się przywiązywać do mojego Figa.
W nim był mój smutek, radość i szczęście.
Uraz do psów dostałam w wieku 3 lat, bo się niestety psy mojej cioci na mnie rzuciły.
Teraz się mniej psów boję, jestem świadkiem, że można się przestać bać psów, to dzięki Figowi, nasze życie stneło do góry nogami. Wszyscy oszaleli na jego punkcie, z kazdym się musi przywitać, jest bardzo przyjazny.
Na lewo, pod moim "nickiem" znajduję się zdjęcie Figa jak był mały
Pewnego słonecznego dnia, jak pracowałam w Tesco na kasie, w straszliwy upał przyszli moi rodzice do sklepu z malutką kuleczką, zabraną na giełdzie od jakiegoś pana, który chciał się go pozbyć. I tak mój kochany Aresik zawitał u nas w domku.
Powoli z tej małej kuleczki zaczął wyrastać przepiękny pies w typie leonbergera i tak ten ostatni tydzień wakacji zmienił całe nasze dotychczasowe monotonne życie i to za pomocą najwierniejszego przyjaciela człowieka - psa. I w tym dniu spełniło się moje największe marzenie - mam psa. i tak oto nasz piesek stał się syneczkiem w domu - w końcu najmłodszy i najsłodszy i tak zostało do dnia dzisiejszego. Nasz Aresik ma już 4 lata i nadal cycuszek malutki jest a jaki grzeczny. Powiem, że psiak zmienia każdego życie a w moim przypdaku na lepsze. Dzięki niemu udało mi się wyjść z ciężkich stanów lękowych, które powodowały niemoc totalną, zamieniając każdy dzień w koszmar, gdyż człowiek bal się nawet wyjść z domu nie mówiąc już o innych sprawach jak jazda autem lub innym środkiem miejskiej komunikacji. Dzięki tej malutkiej kuleczce świat mój nabrał barw a życie sens. Dzisiejszego dnia znów jestem tą wesołą osobą jaką byłam kiedyś a może i nawet bardziej, ponieważ doceniam to co mam. W moim przypadku mój przyjaciel był dla mnie lekarstwem na moją chorobę i dzięki wspólnym spacerom udało mi się zrzucić kilka kilo, dzięki przymusowym spacerom, bo chciałąm czy nie musiałam z nim spacerować.
Zatem polecam psa jako największego przyjaciela na codzienne smutki a napewno życie znów nabierze barw.
Był to mój kolejny pies. Kupiona, kiedy przeżywałam najcięższe chwile swojego życia.
Na przekór tragicznym chwilom pierwsza suczka, 8 tygodniowa Tosa-Inu.
Ja i moi synowie z wielkim zachwytem wracaliśmy do domu trzymając na rękach to słodkie szczenię . Mimo , że był to mój kolejny w życiu pies , dokonałam wszystkich możliwych błędów nabywcy psa. Po pierwsze szłam z nastawieniem , że będzie to słodki, łagodny labradorek, po drugie, będzie to “piesek” i zapewne mały no góra “do kolana”. I co?
Jedyny punkt planu został spełniony: słodki, słodki, słodki szczeniak.
A teraz jak robić nie powinien nabywca szczeniaka , zasiadłam do komputera i poszukałam co to takiego “Tosa-inu”?
Pierwsze co przeczytałam: pies na liście psów agresywnych, mieszanka wybuchowa dla laika, pomieszanie obrońcy z mordercą!!!
Że co? Że niby ja, stara psiara kupiłam psa mordercę? Że to maleństwo co śpi na kanapie…o nie , to niemożliwe! I co teraz? Oddać, oddać za wszelką cenę oddać hodowcy albo , albo poczytać, zapytać, zadzwonić do kogoś i podjąć wyzwanie.
Dla wszelkiego bezpieczeństwa jeszcze wybrać imię dla suczki ale takie imię, które zakoduje ją pozytywnie (bo współczesna kobieta czyta takie mądre pisma np.”Wróżka” w których piszą, że odpowiednie imię zakoduje charakter twojego psa ) co tam, że to pies morderca, dam jej na imię “Lala”, “Dziunia”i już będzie dobrze.Repertuar bajek kreskówek przeleciał przez zwoje mózgowe i jest “Di-Di”- wersja spolszczona (Dee-Dee wersja oficjalna, siostra Dextera jakby co).
Działo się to w maju 2003r.
Di-Di mimo, że była suczką bez rodowodu spełniała wszelkie marzenia o rasowej Tosie.Typowy spokojny i inteligentny mastiff.Byliśmy nią oczarowani i zachwyceni nowo poznaną rasą.Jak nasza sunia skończyła 2 lata wyprowadziliśmy się na wieś.Specjalnie dla psa,psów...Nic wspanialszego nie można sobie wymyślić,duży dom,dużo ziemi, stawy i piękna łąka.
Radość Nasza była ogromna.
Tylko 6 miesięcy.Przed domem jest droga, po drodze jechała ciężarówka.Stało się.
Di-Di odeszła za “tęczowy most”. Nauczyła nas co to jest “Tosa-inu”.
Obiecałam jej, że będzie hodowla z jej imieniem i będzie jej następczyni .
Dotrzymałam słowa. Powstało “Tosiakowo”. Dwa tygodnie po utracie Di-Di przywieziona została jej następczyni, jedyna dostępna suczka 10 tygodniowa Tama “Ostatni Samuraj”, oczywiście ma na imię Di-Di, po 9 miesiącach narodziny kolejnego członka “tosiakowa” Dolce Vita ” z Wólki” a w pażdzierniku 2006 pojawia się pies owej rasy Shin “Twierdza Samuraja”.
Dlaczego Tosa? Kto raz pozna te wspaniałe molosy, odkryje ich inteligencję, łagodność i przywiązanie do Rodziny nigdy nie pomyśli aby zrezygnować z tej rasy. Oczywiście, że inne rasy każdego psiarza interesują. Powiem więcej ,można je mieć i równie kochać jak my kochamy małego Boston Terrierka, cudowną maskotkę Bangiego. Powiedzmy jednak szczerze czy chcemy psa czy maskotkę, jeśli maskotkę to napewno Boston Terrier a jeśli psa to tylko Tosa.
Czytając opisy charakteru tej rasy każdy hodowca doda coś od siebie. Ilu hodowców tyle poglądów ale pewne jest, że są to psy zrównoważone psychicznie, psy przyjażnie nastawione do człowieka i bardzo rodzinne. Nie da się ukryć faktu, że są to psy obronne i ze względu na to i na swoje gabaryty wymagają rozsądnego przewodnika i socjalizacji od szczenięcia. Nie jest więc prawdą, że jest to pies dla każdego. Prawdą jest jednak to, że nabywca Tosy, który pofatyguje się i poczyta o niej, który wysłucha wskazówek doświadczonych hodowców i właścicieli, przyswoi wiedzę o prowadzeniu oraz odpowiednim żywieniu psów ras dużych będzie zachwycony, że wybrał właśnie takiego psiego przyjaciela.
Dolce Vita “z Wólki”
I odpowiedż na ostatnie pytanie, dlaczego psy?
Wiele zwierząt przewinęło się przez moje życie ale tylko jeden gatunek pozostał ze mną tyle lat-PIES.
Jest to dla mnie jedyne zwierzę tak mocno związane z człowiekiem.Zwierzę kontaktowe, inteligentne i wierne.
Miłośnicy koni, kotów powiedzą nieprawda, to koń jest doskonałością, elegancją a Kot subtelnością i ciepłem.Tak , zgodzę się ale jak to w miłości - to ta chemia musi zadziałać a u mnie zadziałała na psa.
Kontaktowe, dokładnie to co czuję kiedy mówię do psa, ale tam mówię, wystarczy,że popatrzę na niego znacząco i on już wie, wie i reaguje zgodnie z moimi oczekiwaniami.
Ile czasu musiałabym patrzeć na konia? Dlatego psy!
To dzięki moim psom znalazłam miejsce na ziemi ,to dzięki moim psom zobaczyłam miasto moich młodzieńczych marzeń - Paryż, to dzięki moim psom otoczona jestem bezgraniczną miłością i wiernością!
i tak ZESZŁAM NA PSY (dla ścisłości - zeszliśmy-ja i mój chłop)
Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam te psy, chodziłam jeszcze do szkoły podstawowej. Po lekcjach szłam pieszo kilka km do mamy, do pracy - pracowała w Domu Studenckim. Pewnego dnia w mijanym ogrodzie zobaczyłam dwa wielkie czarne psy. Były wielkie, dostojne i takie... intrygujące. To były nowofundlandy. Byłam podlotkiem, lecz co dzień, mijając ten ogród - przyrzekałam sobie - kiedyś będę mieć takiego psa...
Marzenia prysły jak bańka mydlana, gdy okazało się, że jedyna hodowla która posiada szczenięta ceni szczenię na dwie pełne pensje mojej mamy...
Już wtedy moje poszukiwania prowadziłam tylko poprzez Związek Kynologiczny - może nie słyszałam, że rasowy = rodowodowy, lecz wiedziałam, że mój wymarzony pies ma być prawdziwy i wyjątkowy, a nie "raso-podobny".
Mijały lata, marzenie tkwiło głęboko w sercu , w wolnym czasie - szukałam, czytałam i wciąż "widziałam" : ogromne, brązowe oczy , przepełnione łagodnością...
Wreszcie nadszedł dzień, kiedy mogłam sama podejmować decyzje dotyczące mojego życia. Małe mieszkanko, praca, mąż u boku - pomyślałam "mam wszystko potrzebne do szczęścia..?" . Nie. Brakuje mi psa. Brakuje mi nowofundlanda. Miotów jak na lekarstwo, ceny z kosmosu, ale dowiedziałam się, że jest do kupienia 7 letnia suczka . Pojechałam, zobaczyłam, płakałam. Sunia była uwiązana na grubym łańcuchu w garażu, była agresywna, skołtuniona i niesamowicie śmierdząca. Ale ja widziałam więcej: te wielkie, brązowe , spokojne oczy. Oczy które pokochałam dawno temu.
Nie było łatwo. Lata odosobnienia zniszczyły psychikę suczki. Zapomniała, że można kochać człowieka. Pomimo niezbyt zachęcających komentarzy ( " jest za stara, z tej suki nic już nie będzie" )- nie poddałam się. Wystawiłam ją kilkukrotnie, przedstawiłam do przeglądu -i tak wprowadziłam do hodowli 7,5 letnią suczkę.
Arabella Bad Afekt została założycielką mojej hodowli. Hodowli która trwa do dziś mając na koncie Zw. Klubu, championaty i interchampiona. Hodowli która pozostała małą hodowlą domową , a psy są częścią mojego domu i życia. Hodowli w której każde psie imię jest wyjątkowe. Najmłodsza 9-miesięczna nowofundlandka (Lokatowa Zawsze ) jest 7 pokoleniem tej hodowli. Jej matka - Jawa Czy Sen jest spełnieniem moich marzeń.
Każde pokolenie to wyzwanie. Staranne, przemyślane dobieranie reproduktora, a potem obawy o rezultat, i troska - czy przyszły nabywca będzie na pewno dobrze dbał o szczenię? Ale jest też ogromna radość i satysfakcja - kiedy przychodzi sukces.
I właśnie dla tych kilku chwil szczęścia - warto poświęcić lata trudnej pracy i wyrzeczeń...
Zapewne dziś nowofundland nie stanowi dla mnie żadnej tajemnicy. Ale nadal jest psem, którego spojrzeniu ciężko sie oprzeć...
Nadal wzbudza uczucia i gotowa jestem dla psa zrezygnować z poukładanego , spokojnego życia w czystym domu bez wszędzie obecnej psiej sierści.
Cóż powiedzieć na koniec ...?
Goń Marzenia.
a Hossa Niech Trwa.
Cóż warte byłoby życie bez marzeń...?
Zawsze marzyłam o psie.. ale moja matka, nigdy na to sie nie godziła.
Aż po wielu latach zamęczania rodziców , gdy mialam 12 lat, tata przywiózł mi małego rudego pomarszczonego bokserka, bez papierów.
Nazwałam go Hultaj.. gdyż bardzo lubiłam tą bajkę..
Był moim największym przyjacielem i radością.. wiecznie uśmiechnięty i radosny, zawsze skory do zabaw..
Był ze mną 2,5 roku...
Później urodził się mój brat.. i mama postanowiła wydać go.. gdyż nie wyobrażała sobie "Jak dziecko będzie raczkowało wśród kłaków.."...
no i wydała..
płakałam wiele dni.. aż tata wreszcie pojechał po niego.. ale ponoć zaaklimatyzował się wśród rodziny z 3 dzieci..
później, przez przypadek.. od znajomych mieszkających niedaleko dowiedzialam się, że Hultaj przebywa zupełnie gdzieś indziej.. Pojechałam tam.. Hultaj biegał przed domkiem jednorodzinnym.. Od razu mnie rozpoznał.
Postanowiłam porozmawiać z właścicielem. I dowiedzialam się, że Hulat się pewnego dnia przybłąkał.. dali ogłoszenie do gazet , do radia.. nikt sie nie zgłosił..
Teraz nazywa się Dior..
Nie chcieli mi go oddać..
Więc wpadłam na szatański plan..
Wsadziłam do plecaka kombinerki, przecinaki, brzeszczot.. nie poszłam do szkoły i pojechalam tam z samego rana, przeciełam kłódke i zabrałam Hultaja..
Nie było to proste, gdyż nie mialam obroży.. zamiast tego wziełam więc miękki szeroki pasek. Ale Hultaj sie wyszarpał i pasek pękł, gdy przechodziliśmy koło domków jednorodzinnych do szczekających spod płotu psów.
Bałam się, że ucieknie, a on szedł za mną krok w krok przez łąki, potem centrum, dworzec kolejowy i cmentarz
Spędziłam z nim przedpołudnie w lesie i przyprowadziłam do domu, powiedziałam , że spotkałam go w lesie jak się błąkał..
Tata nawet chciał go przygarnąc, ale mama kazała najpierw sprawdzić więc pojechał z Hultajem do właścicieli..
Wtedy okazało sie że wszyscy o tym wiedzieli!! Wszyscy wiedzieli gdzie jest Hultaj!! Wszyscy wiedzieli o komunikatach w radiu, w prasie..
Specjalnie ukrywali to przede mna..
Właściciel.. zapytał sie czy tata przyjechał po okup..wiedział, że ja go "ukradłam".
Wszystkiemu zaprzeczyłam..Hultaj a w zasadzie Dior został z nimi.
Pare dni później ktoś z mich znajomych widział jak Hultaj biegał w okolicach mojego domu.
Ja go nie widzialam.
Musiał uciec i przybiec do mnie z powrotem..Po tylu latach..
Nie wiem co się z nim stało.. szukałam ale nie znalazłam..
Teraz mineło od tego czasu koło 5 lat. Hultaj już nie biega przed tamtym domem, nie wiem co sie z nim stało, nie wiem czy żyje.. Miałby teraz 10 lat.
Nadal jak o tym pomyśle..to łezka mi się w oku kręci.
Rodzice wyrządzili mi i jemu wielką krzywdę.
Postanowiłam, że jak tylko sie wyprowadzę to będe miała psa.
to pisałam na forum w lutym 2006...
w czerwcu 2006 przywiozłam do domu długo wyczekiwane maleństwo- Elmo.
Teraz to moje maleństwo ma już prawie 3 lata.. ślini hektolitrami, chrapie jak stary traktor, sapie jak po maratonie i nie zamieniłabym tego na nic innego.
Elmo to taki Hultaj.. w innym, większym wcieleniu z usposobienia, charakteru.. ten sam błysk w oku.
Żeby nie czuł się samotny w marcu przywieźliśmy do domu małego Croma..
Teraz powoli mogę przestać zadręczać się moją historią z dzieciństwa, dotarło do mnie, że jako dziecko niewiele mogłam wtedy zrobić- teraz 2 pary oczu wpatrują się we mnie i wiem, że jestem za nie odpowiedzialna do końca ich dni i zrobię wszystko co w mojej mocy, żeby były szczęśliwe.
Pies to nie tylko towarzysz życia, to nie tylko hobby, pasja, to sposób i styl życia.
Ja w końcu żyję jak chcę.
__________________
****** Zbigniew Herbert"Idź wyprostowany wśród tych co na kolanach"
Dawno, dawno temu podczas, gdy ledwo potrafilam przemieszczac sie z miejsca do innego miesjca w pionie w naszym domu calkiem spodziewanie pojawil sie Nord. Bernenski pies pasterski o coz, wrodzonym instynkcie opiekunczym. Nigdy nie balam sie psow, lecz rowniez nigdy nie zywilam do nich szczegolnych uczuc. To sie zmienilo, kiedy pierwszy raz go zobaczylam [tak, tak milosc od pierwszego wejrzenia] i poglebialo sie z kazda chwila. Wspolne spacery z rodzicami, gdy oddalam sie za bardzo Nord zaganial mnie niczym do stada. Spokojnie, z opanowaniem - rozmyślnie nie przewrocil ani razu. Lata plynely, w raz z nimi starzal sie moj pies. Zachorował - był na granicy śmierci, miał nas opuścić na zawsze. Nie dopuściliśmy do tego. Kochał nas, nie poddał się chorobie i... Wyzdrowiał.
Kolejne dwa lata spędziliśmy z nim żyjąc jakby w symbiozie. Niestety jego organizm znów zaczął płatać figle. Objawy podobne do poprzednich, więc i poprzednia metoda leczenia. Okazała się nieskuteczna. Został pochowany, a my powoli próbowaliśmy się otrząsnąc z rozpaczy. Po dwóch latach uznaliśmy, że w naszym domu i życiu powinien zawitać nowy zwierzak, a konkretnie pies. Pojechaliśmy całą rodziną na Kkrakowską wystawę psów rasowych. Czy chcieliśmy berneńczyka ? Tata uważał, że zanadto przypominałby dawno utraconego pupila. Pojechaliśmy zapoznać się z nową rasą - hovawartami. Jednak nie mogliśmy przejśc obojętnie obok ringu, na którym wystawiane były psy rasy naszego byłego ukochanego zwierzątka. Mama wdała się w rozmowę z hodowczynią, opowiedziała o piesku, którego byliśmy w posiadaniu. Zapytana o wiek śmierci bez wahania odpowiedziała 10 lat. Ponoć berneńskie psy pasterskie, którym udało się dożyć tego wieku są niekiedy zapisywane do ksiąg długo wieczności. Tak więc Nordzik umarł ze starości, a myśmy go ratowali - niepotrzebnie. Chodząc po wystawie natknęliśmy się na leonbergery. Chyba wszyscy natychnmiast zapomnieliśmy o hovawartach Niedługo później w naszym domku zawitała suczka tej właśnie rasy. Teraz w wieku trzech lat przynosi nam z dnia na dzień coraz więcej szczęścia. Żyjąc z psami tak długi czas pokochałam je bez względu na płeć, umaszczenie , rasę czy wiek. W przyszłości chciałabym założyć hodowlę.
Zanim mialam psa mieszkalam w mieszkaniu na 5 pietrze bez windy....Kupilam najpierw dom ,a potem psa-ale dom kupilam dlatego aby miec psa,bo moj maz twierdzil ze pies nie moze mieszkac w mieszkaniu.Z jednego psa szybko "zrobilo sie" 4,a potem 5....Staly sie pasja,miloscia ,zyciem....Sprzedalismy dom po 4 latach i kupilismy nowy-wiekszy,starszy i mniej komfortowy ale za to na prawie hektarowej dzialce ze stawem-oczywiscie dla psow.No i dom oczywiscie na wsi -zasiedziale mieszczuchy. Samochod oczywiscie kupilismy dla psow -minivana z klimatyzacja.
A tak spedzamy dnie........
Dla mnie to jasne,ze zycie staje do gory nogami gdy kupi sie psa a zwlaszcza molosa,a juz na pewno leonbergera.Malo znam osob ktore maja tylko jednego leona-to jest jak choroba.Zmienia sie auto,miejsce zamieszkania,prace i tryb zycia pod ich wplywem i dla nich.Krok po kroku kradna serce,czas i mysli -ani sie czlowiek obejrzy i sprawami najwazniejszymi na swiecie sa sprawy jego psa.....
Mnie jeszcze nie było na świecie kiedy trafił do nas pies podobny do owczarka niemieckiego-Czaki... Kiedy się urodziłam opiekował się mną, dbał żeby nie stała mi sie krzywda... Dorastałam w jego obecności... Niestety, na starość zaczoł głupieć. Wył po nocach, był nieznośny... Wszystko byłoby ok gdyby nie ugryzł mojego taty w rękę..! Podjęli decyzję - uśpimy go. Ja miałam 2 latka, moja siostra była jeszcze niemowlęciem... Rodzice bali sie o nas. Ja byłam za mała żeby zrozumieć co sie stało więc powiedzieli mi że zjadł pokrzywy i zachorował... Dorastałam. W domu nie było psa. Pewnego dnia pojechaliśmy na giełdę po psa. Małego szczeniaczka za 100 zł. Byłam szczęśliwa. Miałam się z kim bawić... Niestety Max-bo tak miał na imię, zachorował na raka mózgu...
pamiętam jak dziś jego szczenięcą mordkę całą w bąblach z ropą....Kiedy trzepał mordka leciała mu krew z uszu...Nie mogliśmy patrzeć jak on sie męczy... Bardzo za nim płakałam....
Kiedy miałam 6 lat, dokładnie 1 czerwca trafiła do nas Krosia - sunia w typie hawańczyka... Byłam taka szczęśliwa... Mała rosła bardzo szybko....
Kocham ja do dziś... ale to jeszcze nie koniec...
Kroszetka ma dzisiaj 9 lat.. Zachowuje sie jak szczeniak!!
Kiedyś mama pokazała mi zdjęcie psa swojej koleżanki z pracy. Na fotografi nie było widać zbyt dużo - dwie czarne plamy...To był nowofundland...
5 lat czytałam, poznawałam, zakochiwałam sie w tym psie. Zaczęłam rozmawiać z moja mamą na temat kolejnego psa w domu. powiedziała że będzie dopiero kiedy Krosia odejdzie... nie pasowało mi to bo za bardzo ja kocham.... Dostałam nowy komputer z internetem... Po tygodniu znałam wszystkie strony Nowofundlandów na pamięć... Pamiętałam skąd jest jaki pies...
Po 4 latach próśb i namawiania trafiła się okazja..
Zaczęłam kurs młodszego ratownika WOPR... Namówiłam rodziców na wystawę do Katowic... Tam już się na dobre cała rodzina zakochała w niufach... Ja była szczęśliwa że mogę je pogłaskać!! Potem były długie rozmowy... pojechaliśmy na wystawę do Bytomia. Tam poznałam cudownych ludzi. To tam pierwszy raz przytuliłam sie do niufa. To tam poznałam hodowczynie od której później w moim domu pojawił się pies...
19 czerwca pojechaliśmy do hodowli... Były tam 2 podrostki ( 8-o miesięczne )... Zakochałam się w jednym z nich.. już było postanowione.. Niestety w niedzielę jechałam na 2 tyg. na kolonie i nie mogliśmy wziąć teraz szczeniaka... Po powrocie z koloni namówiłam rodziców żebyśmy pojechali odwiedzić naszego malca... Pojechaliśmy! byłam najszczęśliwszą osoba na świecie!!!!!!!!!!! Niestety jechałam na tydzień do Holandii i znów nie mogłam wziąć psa, ale rodzice obiecali ze w ten sam dzień kiedy wrócimy z wakacji pojedziemy po psa...) I tak tez się stało... 24 lipca, pojechaliśmy po nasze maleństwo... Był już troszkę duży i nie chciał wejść do auta.!! Po krótkiej walce udało sie ... Następnie bał się z niego wyjść, a jak już wyszedł to bał się wejść do domu... Od tego dnia moje życie odmieniło się na dobre.. Padał deszcz a Toro, bo tak go nazwaliśmy był połową na klatce schodowej a połową na dworze i moknęła mu dupcia..
Kilka dni spał na klatce do bał sie wejść do domu.. Krosia od razu do zaakceptowała z czego jestem bardzo dumna.!!)
Toro powoli zaczął się oswajać ... Ja mam dzięki niemu bardziej optymistyczne nastawienie do życia... Bez niego chyba nigdy nie nauczyłabym się cierpliwości i akceptowania ludzi takimi jakimi są...
Dzięki niemu mam więcej odwagi, a dzięki Krosi potrafię opiekować się zwierzętami... To moje dwa aniołki które nadal mnie zmieniają na lepsze... Kiedy jest mi smutno one zawsze wiedza jak mi poprawić humor.... Zawsze dotrzymują mi towarzystwa... Mogę im powierzyć moje największe tajemnice i wiem że zawsze mnie słuchają...
Wklejam krótkie opowiadanie o życiu z psami mojej córki, bo ona nie jest zalogowana na molosach.
JAK PSY ZMIENIŁY MOJE ŻYCIE
Hmm...Czy jest co pisać? W końcu wiele ludzie ma w domu psy, a ja jestem zwyczajną nastolatką...
Więc o czym tutaj pisać?
Wydaje mi się, że to nic specjalnego, jednak chciałabym opisać swoją pasję, ambicje i cele oraz marzenia i to jak wiele zmieniło się w moim życiu odkąd jestem wolontariuszem i podejmuję pracę społeczną - pracę jako przewodnik psa.
Pierwszym psem jaki był w naszym domu był Sznaps, czarny sznaucer olbrzym.
Podobno to on pomagał mi przy pierwszych krokach pomagając przytrzymać się swojej sierści, to on uczył mnie cierpliwości. Kilka lat później pojawiła się czarna terierka szkocka, Setka. Zawsze zapamiętam ją jako zakochaną do granic możliwości w Sznapsie. Na swoich krótkich nogach poszłaby za nim na koniec świata, mimo że tak bardzo nie lubiła spacerów...
Lata mijały, nasze psy przeżywały przeprowadzki, budowy, remonty, narodziny mojej siostry i znoszone przez nas do domu kolejne zwierzęta.
Gdy wreszcie przeprowadziliśmy się do domu z ogrodem pod miastem przyszła choroba...
Kiedy patrzyłam jak przyjaciel, który towarzyszył mi całe życie, znosił ciągnięcie za sierść, krzyki, złość i płacz, teraz kiedy byłam już duża i mogłam mu się odwdzięczyć miłością i troską powoli odchodzi to wiedziałam, że nadchodzi najgorszy moment mojego życia, że wkrótce go zabraknie...
Rak z przerzutami wygrał tą walkę.
Patrzyłam na Setkę, która nie znała życia bez Niego i z każdym dniem odsuwała się od nas.
Przeniosła się do pustego pokoju skąd nie wychodziła, straciła chęć życia. Niecałe dwa lata później odeszła od nas po ciężkiej chorobie.
Takie były początki mojego życia z psami, ale nie wiedziałam, że to ŻYCIE Z PSAMI dopiero ma nadejść...
Rozpoczęły się poszukiwania psa dla nas, poznawanie predyspozycji i wymagań, odwiedzaliśmy strony i wystawy psów rasowych.
W któryś weekend postanowiliśmy pojechać na Klubową Wystawę Nowofundlandów.
Kiedy tylko zobaczyliśmy te psy wiedzieliśmy, że wpadliśmy.
Tygodzień później w naszym domu pojawił się Hugo Amberschell, miał trzy miesiące.
Co w tym więc tak niezwykłego? Wiele rodzin kupuje psy i zawsze jest to ważny moment w życiu, ale...
Z góry było ustalone, że jest to pies mojej mamy, ja miałam dopiero 10 lat i nie bardzo mnie to interesowało.
Wchodząc na strony internetowe poznaliśmy wiele ludzi posiadających niufy ( zwane tak pieszczotliwie przez swoich właścicieli J ) i dowiedzieliśmy się , że odkąd te psy pojawiły się w ich życiu zmieniły je o 180 stopni. Sami mieliśmy się wkrótce o tym przekonać...
Hugo od samego początku rządził w naszym życiu.
Piesek musiał mieć dobrą karmę, zabaweczki, długie spacery, specjalne szczotki i szampony do długiej sierści, witaminki, bo psy ras ciężkich narażone są na choroby stawów.
Wtedy już wiedziałam, że to zmieni wszystko i nie będzie to już to samo życie w zwykłej rodzinie.
I tak rozpoczęły się weekendowe wyjazdy, szkolenia, spotkania, obozy, treningi-coraz mniej mi się to podobało.
Dojrzewałam, miałam inny pomysł na czas wolny, miałam coraz gorszy kontakt z mamą.
Odcięłam się całkowicie od tego całego PSIEGO ŻYCIA.
Powiedziałam STOP- chcecie to się w to bawcie, szkolcie, wyjeżdżajcie, ale beze mnie!! To nie dla mnie...
Moja mama wymyśliła, że żeby mieć ze mną lepszy kontakt kupi mi mojego własnego psa - będziemy miały wspólny temat, wspólną pasję i wyjazdy, szkolenia i to nas jakoś zbliży.
Powiedziałam NIE.
Przełom zaczął następować, kiedy nasza praca nabrała rozpędu. Kiedy te psy były już rozpoznawane jako psy ratownicze, były festyny, pokazy.
W lipcu 2006 roku zorganizowaliśmy festyn w naszej gminie, przyjechali na niego znajomi z całej Polski, a było nas już wtedy naprawdę sporo.
Przyjaciele przywieźli swojego kuzyna, a on swojego 3 miesięcznego szczeniaka nowofundlanda.
Zmiękłam...
W ten sposób niecały tydzień później w naszym domu pojawił się Aldo Kaźko Słupski.
Pies po przyjeździe do domu całkowicie mnie nie zauważał. Chował się przede mną, uciekał.
Byłam załamana, bo przecież to miał być mój pies!
Ponieważ mama go przywiozła i jest przewodnikiem dorosłego psa w domu on też wybrał sobie ją na swojego przewodnika. I tak pies, który miał nas połączyć wywołał jeszcze większe kłótnie, ale ja postanowiłam się nie poddać i przez 3 miesiące walczyłam o to, aby pies uznał mnie za przewodnika.
5 stycznia 2007, dzięki naszym staraniom w Grupie Operacyjnej Dolnośląskiego Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego powstała Sekcja Psów Ratowniczych. Staliśmy się członkami grupy, która powstała w czasie tzw. Powodzi Tysiąclecia.
Kiedy zobaczyłam tych ludzi - poświęcających swój czas wolny, życie prywatne, aby społecznie pomagać ludziom obiecałam sobie, że kiedyś też będę jedną z nich, zdobędę chodź podstawowe uprawnienia i będę pracowała, ile tylko będę w stanie.
Jednak to nie było łatwe - byłam najmłodsza i z góry uznano, że nic nie mogę pomóc...
Zawzięłam się w sobie i od stycznia uczestniczyłam w prawie wszystkich działaniach grupy, od maja byłam na wszystkich patrolach rzeki Odry...Jednak bez uprawnień ani rusz...
I tak po ciężkiej pracy w lipcu 2007 roku zdobyłam stopień Młodszego Ratownika WOPR, w sierpniu patent żeglarza jachtowego, a pod koniec września Sternika Motorowodnego.
W 2008 powstała nasza Fundacja Na Rzecz Psów Pracujących PSI RATOWNICY www.psiratownicy.pl ).
W tej chwili pracuję ze swoim psem zarówno w wodzie, jak i na lądzie - bawimy się w poszukiwaniu ludzi zaginionych w terenie, jest duża szansa na wyszkolenie go do poszukiwania zwłok w wodzie; są też sporty takie jak agility - tor przeszkód, jak i dogoterapia - zajęcia z ludźmi starszymi, dziećmi, chorymi.
W naszym domu mieszkają już trzy niufy J
Co wolontariat i praca społeczna z psami zmieniły w moim życiu??
Zmieniły całe życie...
Dzięki temu mam coś co jest jakimś celem, dlaczego warto się starać.
Dzięki temu poznałam masę niesamowicie pozytywnie nastawionych do świata ludzi!
W tym co robimy najbardziej kocham to, że nie ma granic i różnic... Jestem najmłodsza, ale to nie ma znaczenia! Tak jak przeszłość, zawód, wykształcenie, praca. Kiedy coś robimy razem to nikt niczego nie udaje, po prostu jest sobą, bo łączy nas pasja - psy i chęć pomagania innym ludziom.
Zmieniło się też moje nastawienie do siedzenia w domu. Nie umiem już spędzać czasu bezczynnie...Wtedy szybko trzeba znaleźć sobie aktywne zajęcia, z psem oczywiście!
Dzięki temu, że poznałam tych ludzi, których życiem jest pomoc innym wiąże z tym swoją przyszłość.
Moja praca została doceniona, zostałam reprezentantką Wrocławia w XV Jubileuszowym Ogólnopolskim Samorządowym Konkursie Nastolatków „Ośmiu wspaniałych”, przede mną eliminacje w Warszawie…
Tak się broniłam, a teraz mój pies leży koło mnie i czeka, kiedy coś razem zrobimy...J
Od małego wierciłam rodzicom o psa dziurę w brzuchu. Rozmów,próśb,płaczu nie było końca. Wreszcie ulegli, i podpisaliśmy kontrakt, że jako prezent komunijny (bo wiadomo, na prezenty komunijne dostaje sie najfajniejsze rzeczy), kupimy psa. Do komunii były 3 lata...wydawało mi się że to wieczność. Na szczęście w połowie oczekiwań, los postawił na mojej drodze Cezara, kundelka, przypominającego ratlerka. Był kompletną odwrotnością psa moich marzeń. Mały, gruby, na krótkich chudych łapkach, z wytrzeszczonymi oczami, krótkim ogonem... tak brzydki, że aż piękny. Nauczył mnie cierpliwości,odpowiedzialnośći, i przede wszystkim miłosci do zwierząt.
Na jednym ze spacerów spotkaliśmy panią z dożycą niemiecką. Mimo swoich pokaźnych rozmiarów, była bardzo łaskawa dla mojego mikro-psa. Piękna i dumna... to chyba właśnie wtedy postanowiłam, że kiedyś kupię doga niemieckiego.
Mijały długie lata, a ja wciąż nie mogłam zapomnieć o dogu. Historia lubi się powtarzać, tak więc od nowa zaczęły się namowy na psa. Pewnego dnia dostałam sms'a :'piesek czy suczka?'. Doslownie nie moglam uwierzyc, zastanawialam sie czy to przypadkiem nie żart. Kilka miesiecy później odebraliśmy dożka z hodowli.
Zawsze byłam zadowolona z życia, mogłam nazwać się szczęśliwym człowiekiem, jednak z dogiem to zupełnie inna jakość. Każdego dnia przekonuję się, że juz nie jestem szcześliwym, a najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi
Ostatnia lekcja Sasza (czyli Din Dexter de Miranko) był w moim życiu od 6 lat i 6 miesięcy, ale to było tak, jakby był zawsze. To dni przeżywane z Nim były najbarwniejsze i najciekawsze. To On wniósł w moje życie radość i miłość. Zawsze wiedział nie tylko co czuję, ale nawet o czym myślę. Gdy było mi smutno i źle, kładł swój piękny łeb na moje kolana i patrzył na mnie swoimi pięknymi oczami, które mówiły:
– Nie martw się kochana, wszystko się ułoży, będzie lepiej, a nawet jak nie, to i tak Cię nie opuszczę.
Kłamał. Raz w życiu mi skłamał. Opuścił. Nagle, nieoczekiwanie. Wieczorem jeszcze się bawił, brykał z Alisią, zjadł kolację, a rano… lecznica, badania, kroplówki. Opinia lekarzy: „Zapalenie stawów, za kilka dni wszystko będzie w porządku.” Wracamy do domu, patrzę Saszy w oczy i widzę, że nic nie będzie w porządku. Inna lecznica, następne badania, tu przynajmniej uczciwa diagnoza: „Nie wiemy co mu jest, wszystkie wyniki są w normie”. Pytam:
– Co mogę zrobić?
Odpowiedź:
– Modlić się.
Więc wracamy do domu i modlę się. Trzymam go za łapę i się modlę. Głaszczę ukochany łeb i się modlę. Pomagam pokonać siedem schodków przy wyjściu na dwór i się modlę. Nie dopuszczam tej myśli do głowy, ale już wiem. Proszę męża, by zabrał Alisię do innego pokoju, bym mogła ostatnią noc spokojnie spędzić z Saszą. Pomogłam mu ułożyć się na wersalce i delikatnie kładę się obok niego, jak wtedy, gdy był maleńkim szczeniaczkiem. I z taką samą ufnością przytulił się do mnie jak wtedy. Nie płaczę, nie złorzeczę, modlę się najpierw o rok, potem o pół, potem o miesiąc, potem się targuję:
– Boże oddam ci mój wymarzony dom za tydzień jego życia, oddam firmę, oddam wszystko co mam, ale nie zabieraj mi go.
Potem proszę:
– Zabierz mnie razem z nim, bo bez niego nie będę umiała żyć.
I nasłuchuję jego oddechu, i głaszczę, i tulę, i całuję. Noc minęła spokojnie, pojawiła się zwodnicza nadzieja. Myślałam, że coś utargowałam. Minął dzień. Już dziękowałam Bogu.
Nadszedł wieczór. Sasza leży na wersalce. Śpi. Stoję obok. Słyszę, że głęboko westchnął i nie może nabrać powietrza. Pochylam się nad nim, przybiega mąż. Zaczyna robić sztuczne oddychanie, potem masaż serca. Trzymam ukochaną głowę w swoich rękach. Nic nie pomaga. Jeszcze chwila i … Na moje dłonie spłynął ostatni oddech mego Synka. Czas się zatrzymał, życie się zatrzymało, tylko moje serce czemuś dalej bije. Żyję, choć odszedł Ten, Kto kochał mnie jak nikt na świecie. Żyję, choć bez niego żyć nie potrafię.
Długo to trwało zanim zrozumiałam ostatnią lekcję Saszy. Lekcję jak odejść z godnością, kiedy się dopełni mój czas.
A Ty Syneczku nie odchodź za daleko za Tęczowy Most. Poczekaj na mnie, niedługo przyjdę.
__________________
Ala i Ich Doże Wysokości - Alija, Philip Paul i Misza Murat
Współkochać przyszłam, nie współnienawidzieć
Sofokles
Rodziłam się na nowo,
Gdy do mego domu przychodziły.
I umierałam z nimi,
Gdy Na Tamtą Stronę odchodziły.
Tyle razy życie przeżyję,
Ile psich serc obok mego bije.
1. Wszyscy uczestnicy konkursu "Jak PSY odmieniły moje życie" - otrzymują nagrody książkowe - gratulujemy i dziękujemy za podzielenie się Państwa emocjami i przeżyciami ze wszystkimi użytkownikami Forum.Molosy.pl .
Gratulujemy laureatom i prosimy o przesłanie na PW Redakcji adres korespondencyjny do przesłania nagrody książkowej.
P.S.
Spotkanie z autorem EMILAJędrzejem Fijałkowskimw Pubie Lolek 25 kwietnia, godz., 12.00, ul. Rokietnicka 20, Warszawa. Spotkanie poprowadzi Dorota Sumińska ... zaproszenie tutaj ...